Po wielu przemyśleniach postanowiłam wprowadzić kilka zmian na tym blogu. W tym poście pokrótce objaśnię Wam na czym one polegają i dlaczego się na nie zdecydowałam, bo to one w dużej mierze mają wpływ na wygląd tej strony.
Zapewne niektórzy z Was zauważyli, że jakiś czas temu wprowadziłam kategorie, dzięki którym łatwiej odnaleźć publikowane przeze mnie posty. Jak widać, piszę o różnych rzeczach, z którymi każdy z nas ma kontakt na co dzień. W końcu ideą tego bloga jest, by wszyscy znaleźli na nim coś ciekawego i inspirującego. Z drugiej strony to, co opisuję, również musi się znajdować w kręgu moich zainteresowań. Dlatego też:
1. Likwiduję kategoria MODA. Po wielu latach interesowania się światem mody, zbierania modowych magazynów, przeglądania stron o tej tematyce itd., w pewnym momencie ta pasja się we mnie wypaliła. Stwierdziłam, że na świecie istnieją o wiele piękniejsze rzeczy niż ubrania, a pogoń za absurdalnie drogimi rzeczami od projektantów jest po prostu niezdrowa. Oczywiście nadal potrafię docenić piękne kreacje i dobry styl, ale już nie czuję potrzeby pisania o tym ;)
2. Wprowadzam nowa kategorię : I<3KR. Będę w niej opisywać Kraków z punktu widzenia osoby mieszkającej w nim od urodzenia - miejsca, które warto w nim odwiedzić, wydarzenia, które się tutaj odbywają...Długo zastanawiałam się, czy takie coś ma sens, w końcu doszłam do wniosku, że warto spróbować. Szczególnie, że lubię włóczyć się po mieście, odkrywać jego zakamarki oraz brać udział w przeróżnych akcjach. A tych w Krakowie nie brakuje, wystarczy się dobrze rozejrzeć, a szybko znajdzie się coś ciekawego do roboty ^^
3. Kategorię SZTUKA podpinam pod PODRÓŻE i I<3KR. W końcu z obiema się ona łączy.
4. KULINARIA zostają, ale po prostu pod inna nazwą: PRZEPISY. Żeby od razu było wiadomo, o co chodzi ;)
5. Wprowadzam również kategorię INNE. W niej znajdzie się wszystko, co nie pasuje do pozostałych kategorii, a czym chciałam się z Wami podzielić np. ten post :)
Ok, to by było na tyle. Pozostaje mi życzyć Wam miłej lektury mojego bloga ^^
poniedziałek, 8 września 2014
poniedziałek, 1 września 2014
1 dzień we Wrocławiu cz.3
... Jak już wspominałam we wcześniejszym poście, udało nam się ze znajomą wejść do środka Hali Stulecia. Nie mogłyśmy jednak oglądnąć pokazu znajdującej się obok multimedialnej fontanny, a to z powodu odbywającego się tam Męskiego Grania. Coś za coś. Strzeliłam jedynie dwie fotki zza ogrodzenia, mimo nieprzychylnego wzroku ochroniarza ;)
Kiedy minęłyśmy już fontannę, dotarłyśmy do Ogrodu Japońskiego. Jest to ogrodzona część Parku Szczytnickiego (bilety: ulgowy 2 zł, normalny 4 zł), gdzie można poczuć się jak w Azji. Całość została zaprojektowana według zasad feng shui. Faktycznie - roślinność, małe jeziorko, sztuczny mini wodospad i drewniane konstrukcje takie, jak pomost, pawilon czy mostek, tworzą harmonijna całość, powodując, że Ogród Japoński jest doskonałym miejscem na relaks. Niestety nie mogłyśmy zostać w nim zbyt długo, gdyż zbliżała się już 17...
Kiedy minęłyśmy już fontannę, dotarłyśmy do Ogrodu Japońskiego. Jest to ogrodzona część Parku Szczytnickiego (bilety: ulgowy 2 zł, normalny 4 zł), gdzie można poczuć się jak w Azji. Całość została zaprojektowana według zasad feng shui. Faktycznie - roślinność, małe jeziorko, sztuczny mini wodospad i drewniane konstrukcje takie, jak pomost, pawilon czy mostek, tworzą harmonijna całość, powodując, że Ogród Japoński jest doskonałym miejscem na relaks. Niestety nie mogłyśmy zostać w nim zbyt długo, gdyż zbliżała się już 17...
czwartek, 28 sierpnia 2014
1 dzień we Wrocławiu cz.2
...Po tym, jak już przespacerowałyśmy się wzdłuż Odry, udało nam się obrać właściwy kierunek na rynek. Po drodze minęłyśmy budynek Uniwersytetu Wrocławskiego, który zachwycił nas swoimi architektonicznymi zdobieniami. Jego turkusowe drzwi to po prostu mistrzostwo <3
Kiedy znalazłyśmy się już na wrocławskim rynku, od razu ogarnął nas wesoły nastrój tego miejsca. To pewnie zasługa otaczających go kolorowych kamieniczek, różnego rodzaju kawiarni i restauracji, ale przede wszystkim tłumu ludzi, mieszkańców i turystów, którzy po prostu miło spędzają tam czas. Ja wraz z moją znajomą przesiedziałam tam ponad godzinę, zajadając się pyszną pizzą, słuchając występu ulicznych artystów i obserwując otoczenie. Czy był to czas zmarnowany? Z pewnością nie! Szczególnie, że dzięki temu odpoczynkowi miałyśmy energię do dalszego zwiedzania ;)
Na zdjęciach poniżej: Fontanna na Rynku Głównym, czyli jeden z symboli Wrocławia
Kiedy znalazłyśmy się już na wrocławskim rynku, od razu ogarnął nas wesoły nastrój tego miejsca. To pewnie zasługa otaczających go kolorowych kamieniczek, różnego rodzaju kawiarni i restauracji, ale przede wszystkim tłumu ludzi, mieszkańców i turystów, którzy po prostu miło spędzają tam czas. Ja wraz z moją znajomą przesiedziałam tam ponad godzinę, zajadając się pyszną pizzą, słuchając występu ulicznych artystów i obserwując otoczenie. Czy był to czas zmarnowany? Z pewnością nie! Szczególnie, że dzięki temu odpoczynkowi miałyśmy energię do dalszego zwiedzania ;)
Na zdjęciach poniżej: Fontanna na Rynku Głównym, czyli jeden z symboli Wrocławia
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
1 dzień we Wrocławiu cz.1
Pewnie zauważyliście, że miałam dosyć długą przerwę w pisaniu bloga. Szczerze przyznaję, że ten ogrom wolnego czasu mnie rozleniwił i, jakkolwiek pretensjonalnie to nie zabrzmi, brakowało mi po prostu weny. Potrzebowałam, choć krótkotrwałej zmiany otoczenia, bo ponad 2 miesiące wakacji w tym samym miejscu to zdecydowanie dla mnie za dużo. Wpadłam, więc na pomysł jednodniowej wyprawy do Wrocławia, zabrałam znajomą i tak o to spędziłyśmy 1 dzień w stolicy Dolnego Śląska :)
Na początku w planie było zwiedzanie Panoramy Racławickiej, ale na rano wszystkie bilety zostały wyprzedane, dlatego kupiłam wejściówkę dopiero na 17. Było to przed 11, więc nie marnując czasu, poszłyśmy z koleżanką nieco dalej w głąb ulicy zwiedzać pobliskie Muzeum Narodowe. Po drodze wdrapałyśmy się na niewielkie wzniesienie skąd roztaczał się taki widok:
Sam już budynek muzeum mi się spodobał. Wyglądał pięknie z ozdobnymi murami porośniętymi bluszczem. W sobotę (czyli w ten dzień kiedy byłyśmy we Wrocławiu) wstęp do niego jest wolny. Również bilet kupiony na Panoramę upoważnia Was do zwiedzania muzeum bez ponoszenia dodatkowych opłat.
czwartek, 24 lipca 2014
"Detektyw"
Mój znajomy polecił mi ostatnio bardzo dobry serial pt. "Detektyw". Wydana w tym roku przez stację HBO seria (póki co tylko 1 sezon, a w nim 8 odcinków) to doskonale przemyślana fabuła, niesamowity klimat i utalentowani aktorzy w rolach głównych.

Rust Cohle i Martin Hart to detektywi z Luizjany, byli policyjni partnerzy, którzy w 1995 roku pracowali nad rozwiązaniem tajemniczego rytualnego morderstwa. W 2012 policja znów zaczyna interesować się sprawą, a na jaw wychodzą nowe fakty. Obaj główni bohaterowie muszą wrócić do trudnej przeszłości, która miała ogromny wpływ na ich życie zawodowe oraz prywatne. Historia, która wydawała się już zakończona, odżywa na nowo.
"Detektyw" od początku wciąga i buduje napięcie. Panuje klimat tajemniczości, a akcja rozwija się z odcinka na odcinek i do końca nie wiadomo jak się potoczy. Twórca serialu, Nic Pizzolatto, sprawnie połączył zdarzenia dziejące się w 1995 r. z tymi współczesnymi, dzięki czemu możemy lepiej poznać głównych bohaterów. Podoba mi się to, że ich osobiste koleje losu są równie ważne co wątek morderstwa. Oczywiście w wielu momentach się to przenika, przez co widz dostaje spójną, ale wielowymiarową fabułę. Wielki plus również za końcówki poszczególnych odcinków - pozwalały na rozwinięcie własnej wyobraźni i snucie domysłów, co wydarzy się w następnej kolejności.
Rust Cohle i Martin Hart to detektywi z Luizjany, byli policyjni partnerzy, którzy w 1995 roku pracowali nad rozwiązaniem tajemniczego rytualnego morderstwa. W 2012 policja znów zaczyna interesować się sprawą, a na jaw wychodzą nowe fakty. Obaj główni bohaterowie muszą wrócić do trudnej przeszłości, która miała ogromny wpływ na ich życie zawodowe oraz prywatne. Historia, która wydawała się już zakończona, odżywa na nowo.
"Detektyw" od początku wciąga i buduje napięcie. Panuje klimat tajemniczości, a akcja rozwija się z odcinka na odcinek i do końca nie wiadomo jak się potoczy. Twórca serialu, Nic Pizzolatto, sprawnie połączył zdarzenia dziejące się w 1995 r. z tymi współczesnymi, dzięki czemu możemy lepiej poznać głównych bohaterów. Podoba mi się to, że ich osobiste koleje losu są równie ważne co wątek morderstwa. Oczywiście w wielu momentach się to przenika, przez co widz dostaje spójną, ale wielowymiarową fabułę. Wielki plus również za końcówki poszczególnych odcinków - pozwalały na rozwinięcie własnej wyobraźni i snucie domysłów, co wydarzy się w następnej kolejności.
czwartek, 17 lipca 2014
"Hua Mulan"
Obiecałam sobie, że jak dostanę się na swoje wymarzone studia dalekowschodnie z modułem Chiny, to znów obejrzę, a potem opiszę dla Was "Hua Mulan". Film dla mnie bardzo ważny, ponieważ to od niego w 2 klasie liceum zaczęła się moja miłość do języka i kultury chińskiej :)

Jest on oparty na popularnej legendzie, którą większość z nas kojarzy z disneyowskiej bajki pt. "Mulan". W czasach panowania dynastii Wei trwa wojna z koczowniczym plemieniem Rouran'ów. Z każdej rodziny o militarnych tradycjach do wojska musi stawić się choć jeden mężczyzna. W rodzinie Hua ten obowiązek spada na schorowanego Hu. Jego córka, Mulan, by go ratować, przebiera się za mężczyznę i wstępuje do cesarskiej armii. Wie, że jeśli ktokolwiek odkryje jej prawdziwą płeć, spadnie na nią kara śmierci. W czasie 12-letniej wojny czekają ją chwilę chwały, ale również mnóstwo cierpienia. Zostanie zmuszona do ciągłej walki o życie swoje i swoich towarzyszy broni m.in. Wentai'a, Tygrysa, ale przede wszystkim do walki z własnymi słabościami.

Jest on oparty na popularnej legendzie, którą większość z nas kojarzy z disneyowskiej bajki pt. "Mulan". W czasach panowania dynastii Wei trwa wojna z koczowniczym plemieniem Rouran'ów. Z każdej rodziny o militarnych tradycjach do wojska musi stawić się choć jeden mężczyzna. W rodzinie Hua ten obowiązek spada na schorowanego Hu. Jego córka, Mulan, by go ratować, przebiera się za mężczyznę i wstępuje do cesarskiej armii. Wie, że jeśli ktokolwiek odkryje jej prawdziwą płeć, spadnie na nią kara śmierci. W czasie 12-letniej wojny czekają ją chwilę chwały, ale również mnóstwo cierpienia. Zostanie zmuszona do ciągłej walki o życie swoje i swoich towarzyszy broni m.in. Wentai'a, Tygrysa, ale przede wszystkim do walki z własnymi słabościami.
środa, 9 lipca 2014
"Zacznijmy od nowa"
Wiedziałam, że pójdę do kina na film "Zacznijmy od nowa" jak tylko obejrzałam jego zwiastun. Po pierwsze, dlatego, że uwielbiam wszystkie produkcje, gdzie muzyka jest tematem przewodnim, po drugie lubię sposób grania Keiry Knightley, a po trzeci byłam ciekawa aktorskiego debiutu Adama Levin'a :)

Dan (Mark Ruffalo) to producent muzyczny, któremu już od dłuższego czasu nie powodzi się zarówno w życiu zawodowym jak i osobistym. Jest w separacji ze swoją żoną Miriam, ma słaby kontakt z nastoletnią córką Violet i brak większych sukcesów lansowanych przez niego piosenkarzy. W dniu, w który zostaje zwolniony z pracy, słyszy śpiewającą w barze młodą dziewczynę, Gretę. I dla niej los nie jest łaskawy. Zagubiona w Nowym Jorku, zdradzona przez chłopaka Dave'a, wschodzącą gwiazdę sceny muzycznej, może liczyć tylko na swojego przyjaciela, Steve'a. Dan, zachwycony jej autorską piosenką, postanawia pomóc dziewczynie w karierze piosenkarki. Zbiera do pomocy kilku znudzonych muzyków i ruszają w miasto nagrywać album.

Film spełnił w 100% moje oczekiwania. Nie był ckliwym romansidłem, ani patetycznym dramatem. Miał też ciekawe, trudne do przewidzenia zakończenie, szczególnie, że reżyser (spryciarz ;)) dla "zmyłki" umieścił kilka scen, które wskazywałyby na inny rozwój wypadków. Było także kilka zabawniejszych dialogów, ale jako komedii tej produkcji bym nie określiła. Ogólnie "Zacznijmy od nowa" spodobał mi się przede wszystkim za swój optymistyczny charakter i przekaz, mówiący iż nawet będąc na samym dnie, można się z tego podnieść. A muzyka jest na wszystkie smutki najlepszym lekarstwem :)
Dan (Mark Ruffalo) to producent muzyczny, któremu już od dłuższego czasu nie powodzi się zarówno w życiu zawodowym jak i osobistym. Jest w separacji ze swoją żoną Miriam, ma słaby kontakt z nastoletnią córką Violet i brak większych sukcesów lansowanych przez niego piosenkarzy. W dniu, w który zostaje zwolniony z pracy, słyszy śpiewającą w barze młodą dziewczynę, Gretę. I dla niej los nie jest łaskawy. Zagubiona w Nowym Jorku, zdradzona przez chłopaka Dave'a, wschodzącą gwiazdę sceny muzycznej, może liczyć tylko na swojego przyjaciela, Steve'a. Dan, zachwycony jej autorską piosenką, postanawia pomóc dziewczynie w karierze piosenkarki. Zbiera do pomocy kilku znudzonych muzyków i ruszają w miasto nagrywać album.
Film spełnił w 100% moje oczekiwania. Nie był ckliwym romansidłem, ani patetycznym dramatem. Miał też ciekawe, trudne do przewidzenia zakończenie, szczególnie, że reżyser (spryciarz ;)) dla "zmyłki" umieścił kilka scen, które wskazywałyby na inny rozwój wypadków. Było także kilka zabawniejszych dialogów, ale jako komedii tej produkcji bym nie określiła. Ogólnie "Zacznijmy od nowa" spodobał mi się przede wszystkim za swój optymistyczny charakter i przekaz, mówiący iż nawet będąc na samym dnie, można się z tego podnieść. A muzyka jest na wszystkie smutki najlepszym lekarstwem :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)