wtorek, 12 maja 2015

1 dzień w Łodzi cz.1

Kiedy mówiłam znajomym, że chcę zobaczyć Łódź, słyszałam w odpowiedzi: "Ale dlaczego? Przecież to takie brzydkie miasto". A ja się uparłam i stwierdziłam, że wolę osobiście się przekonać czy rzeczywiście tak jest. I w ten sposób spędziłam wraz z moją przyjaciółką niedzielę w Łodzi :)


Akurat w dzień naszego wyjazdu piękna pogoda się załamała, z 20 stopni zrobiło się 15, wiał zimny wiatr, a słońce pokazywało się tylko od czasu do czasu. Ale na szczęście parasolka okazała się nieprzydatna, bo tylko trochę pokropiło :) Po 3 godzinach jazdy pociągiem ok. 11 dotarłyśmy na stację Łódź Kaliska. Kubek pysznej irish cappuccino z dworcowego automatu dla rozgrzania i możemy ruszać w miasto! Po krótkiej konsultacji z miejscowymi babciami wsiadłyśmy we wskazany przez nie autobus Z10, który akurat podjechał. Szybko się jednak okazało, że nie jedzie w tę stronę, co chcemy... Ale, że do pętli było niedaleko, pojechałyśmy do końca zwiedzając tę mniej prezentacyjną część miasta. Ot, zwykłe bloki, roboty drogowe i co, akurat bardzo mi się spodobało, szerokie ulice i dużo wolnej przestrzeni.

Przesiadłyśmy się na dobry autobus i dojechałyśmy do skrzyżowania, gdzie dalej miałyśmy jechać tramwajem. Przy przesiadce naszą uwagę zwrócił bardzo ładny most, jeszcze w fazie budowy.


Wysiadłyśmy przy Manufakturze - znanej łódzkiej galerii handlowej, gdzie, prócz sklepów, restauracji, barów i kina, znajduje się też teatr i Muzeum Fabryki, a do tego organizowane są różne eventy. Z racji tego, że w Łodzi nie ma jako takiego rynku, wydaje się, że plac przed galerią spełnia tę rolę. Nic dziwnego, bo sam budynek Manufaktury z czerwonej cegły ładnie się prezentuje, do tego na zewnątrz stoją kolorowe ławki, "powyginane" stojaki na rowery, karuzela...

niedziela, 3 maja 2015

"Dior and I"

W Krakowie trwa własnie festiwal kina niezależnego - PKO Off Camera. Przez 10 dni do stolicy Małopolski ściągają tak znakomici goście jak Roman Polański czy Claudia Cardinale, a w rożnych miejscach wyświetlane są dziesiątki filmów, których na co dzień nie można zobaczyć w kinach (nawet tych studyjnych). Ja z tej bogatej oferty wybrałam coś idealnie dla siebie - dokument pt. "Dior and I".



W 2012 roku Raf Simons zostaje dyrektorem kreatywnym domu mody Dior. Ma 8 tygodni na stworzenie swojej pierwszej kolekcji haute couture. Ciąży na nim nie tylko presja czasu, ale również otoczenia, gdyż wiele osób obserwuje, jak poradzi sobie z tym trudnym zadaniem belgijski projektant dotąd kojarzony z minimalistyczną marka Jil Sander. "Dior and I" pokazuje zarówno proces realizacji pokazu, jak i zmagania Raf'a Simons'a z oczekiwaniami i spuścizną wielkiego Christian'a Dior'a.

To, co najbardziej fascynuje w tym filmie, to fakt, że przedstawia on świat wielkiego krawiectwa od samego środka. Żeby powstała kolekcja haute couture, potrzeba wielu godzin ciężkiej pracy, dobrej organizacji i zgranego zespołu. Projektant, który pokazuje się w finale pokazu, to tylko jeden z trybów tej ogromnej machiny. Oczywiście, ten najważniejszy tryb, bo to on decyduje, jak ostatecznie będą wyglądać wszystkie projekty i ich prezentacja. W "Dior and I" poznajemy też jednak pozostałe "trybiki": krawców i krawcowe z atelier, asystentów, menadżerów, modelki itd. Śledzimy ich emocje i pracę przy pokazie, tak jak samego Raf'a Simons'a. Bo to ludzie są tu głównymi bohaterami, a nie ubrania i techniki ich tworzenia (choć sporo z tego zakresu też jest pokazane). Dzięki temu w filmie nie brakuje emocji: od radości, przez zdenerwowanie, aż po wzruszenie.



sobota, 2 maja 2015

Moje lektury - kwiecień

Stwierdziłam, że co miesiąc lub dwa, będę zamieszczać listę książek, które przeczytałam wraz z krótkim opisem. Nie wszystkie bowiem pozycje udaje mi się recenzować na bieżąco, a większość z moich lektur zasługuje na to, by się nimi z Wami podzielić ;)


1. "Rio de Oro" Arkady Fiedler
Tę książkę znalazłam w swoim domu przypadkiem w trakcie przedświątecznych porządków.
Nazwisko autora, polskiego podróżnika, było mi oczywiście znane, ale do tamtej chwili nie miałam styczności z żadnym z jego dzieł. "Rio de Oro" jest podzielona na 2 części, a w każdej z nich Fiedler opisuje swój pobyt u jednego z amazońskich plemion oraz przygody, które spotkały go w Brazylii jako wysłannika poznańskiego muzeum. Całość uzupełniają czarno - białe fotografie. I mimo, iż od wydania tej powieści minęło ponad 30 lat, to wciąga bardziej niż niejedna współczesna książka podróżnicza.


2. "Moja krótka historia" Stephen Hawking
Przed obejrzeniem filmu "Teoria Wszystkiego" chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o życiu znanego astrofizyka. Cudem wpadłam w księgarni na jego autobiografię i  oczywiście od razu kupiłam :) Stephen Hawking napisał ją sam, mimo swojej niepełnosprawności, za pomocą specjalnego programu komputerowego. Zawarł w niej wszystkie wspomnienia, które są dla niego ważne i miały wpływ na to, kim jest w tym momencie. W swoich zwierzeniach ani nie jest wylewny, ani przesadnie skryty. W kilku rozdziałach pokrótce opisuje (całkiem przystępnie, nawet jak dla mnie, dla której fizyka jest czarna magią ;)) też swoje najważniejsze odkrycia w zakresie astrofizyki. Mimo sporej ilości faktów, lektura jest bardzo wciągająca, a z powodu niewielkiej ilości stron - idealna na jeden wieczór ;)


wtorek, 28 kwietnia 2015

"Wędrówka na Zachód"

W tym semestrze mam na studiach wykład i ćwiczenia z buddyzmu i przyznaję, że jest to naprawdę wciągający temat. Dlatego, kiedy znajomi zaproponowali wyjście do kina na "Wędrówkę na Zachód", wystarczyło, że skojarzyłam plakat z buddyjskim mnichem i od razu się zgodziłam. Praktycznie po raz pierwszy nie przeczytałam nic o filmie, na który się wybierałam, przez co, przeżyłam niemałe zaskoczenie w trakcie seansu.

Nie spodziewałam się, że będzie on aż tak...artystyczny. Składa się z serii kilku lub kilkunastominutowych ujęć. Na większości z nich widzimy wspomnianego już przeze mnie buddyjskiego mnicha (w rzeczywistości tajwańskiego aktora), który pogrążony w medytacji porusza się wolnym tempem przez francuskie miasto. Tak naprawdę w tym wcześniejszym zdaniu zamyka się ogólny opis tego, co dzieje się w filmie. Nudy? Też mi to przemknęło przez myśl, gdy z przerażeniem uzmysłowiłam sobie, że tak będzie wyglądać całe 55 minut seansu. Jednak przy każdej kolejnej scenie co raz bardziej pochłaniało mnie to, co działo się na ekranie.

Początkowo większą uwagę skupiałam na idącym mnichu. Potem dopiero zaczęłam dostrzegać to, co działo się wokół niego. Obserwować reakcje przechodzących lub znajdujących się w jego pobliżu ludzi. Słuchać dźwięków otoczenia. Czytać napisy, które pojawiały się na murach, autokarach itd. Innymi słowy, widzieć i słyszeć rzeczy, których na większości filmów się nie dostrzega. Poczułam jak wyostrzają mi się zmysły, a wcześniejsze zniecierpliwienie zastępuje spokój. Nie było to jakieś silne czy niezwykłe uczucie, ale z pewnością go doświadczyłam. W trakcie jednego kroku, który wykonał mnich, działo się niesamowicie wiele. To automatycznie nasuwa pytanie: jak dużo szczegółów umyka nam w codziennym życiu? Co jeszcze zwróciło moją uwagę w tym filmie, to fakt, że mimo, iż nie ma jako takiej fabuły, nie wyeliminowało to całkowicie emocji. W kilku momentach odczułam lekkie rozbawienie, a końcowa scena zachwyciła mnie nietypowym obrazem miasta z cichym pianinem w tle.

piątek, 17 kwietnia 2015

"Time for Heroes" The Libertines

Sprawdzając w środę, kto został nowym headlinerem tegorocznego Open'era, byłam lekko zawiedziona. The Libertines? Co to w ogóle za zespół? Nazwisko wokalisty coś kojarzyłam (a tak, były chłopka Kate Moss - jak się interesowało światem mody, to się takie rzeczy wie ;)), ale sama nazwa bandu nic mi nie mówiła. Ale, jak to ja, trochę o nich poczytałam, posłuchałam ich piosenek, potem obejrzałam koncert na you tubie i totalnie się w nich zakochałam <3


Historia zespołu jest równie interesująca, co ich twórczość. W 1997 roku Pete Doherty odwiedził swoją siostrę w mieszkaniu, które dzieliła z niejakim Carl'em Barat'em, studentem dramatopisarstwa. Ci dwaj mega zdolni Brytyjczycy od razu się zaprzyjaźnili i założyli zespół The Libertines, do którego później dołączyli również perkusista Gary Powell oraz gitarzysta basowy John Hassall. W 2002 roku wydali swój pierwszy singiel pt. "What a Waster", a następnie zaczęli pracę nad albumem "Up The Bracket", który ukazał się w październiku tego samego roku. Po sukcesie płyty i licznych koncertach zaczęły się problemy. Pete uzależnił się od ciężkich narkotyków, przez co został wykluczony z części występów i w odwecie włamał się do mieszkania Carl'a. Skazano go za to na 2 miesiące więzienia. Po jego wyjściu grupie udało się w 2004 r. nagrać jeszcze jeden album pt. "The Libertines", a następnie panowie rozeszli się i zajęli własnymi muzycznymi projektami. Pete w 2008 z powodu narkotyków znowu wylądował w więzieniu, gdzie spędził 29 dni. W 2010 roku Doherty i Barat pogodzili się na tyle, by wznowić działanie The Libertines i zagrać kilka koncertów. Po kolejnej 4-letniej przerwie, powrócili, wydaje się, już na dobre. Pracowali w Tajlandii nad nowym albumem, a na koncercie w Polsce mają zagrać swoje najlepsze kawałki, które znalazły się na składance z 2007 r. "Time for Heros".

niedziela, 12 kwietnia 2015

"70 minut na godzinę. Fenomen czasu" Claudia Hammond

Do tej pory uważałam, że czytanie poradników i literatury psychologicznej to raczej marna forma rozrywki. Jednak za sprawą książki "70 minut na godzinę. Fenomen czasu" diametralnie zmieniłam zdanie ;)

Jej autorka, Claudia Hammond, to pisarka, wykładowczyni na Boston University w Londynie i dziennikarka radiowa, która na antenie BBC 4 prowadzi audycje na temat psychologii. W swojej publikacji zebrała liczne przykłady ciekawych eksperymentów, przypadków i wydarzeń dotyczących pamięci, mierzenia upływających chwil, odtwarzania wydarzeń z przeszłości, tworzenia wizji przyszłości...Innymi słowy omówiła w niej wszystko, co jest z czasem związane. Dzięki
jej książce dowiedziałam się, co to jest paradoks wakacyjny, jaką metodę w planowaniu dnia stosują synestetycy i czym się charakteryzuje amnezja następcza. Jednak "70 minut na godzinę." to nie tylko zbiór fascynujących ciekawostek na temat zjawiska, któremu podlega całe nasze życie, ale również mini poradnik. Autorka podpowiada, jak uzyskaną wiedzę zastosować w codziennym życiu, a cały ostatni rozdział poświęca 8 najczęstszym problemom, które mamy w naszej "relacji" z czasem np. słabej pamięci do wydarzeń. Jej porady naprawdę są przydatne :)

Przed lekturą książki, trochę bałam się, że jest napisana zbyt naukowym językiem, a ilość specjalistycznych terminów sprawi, że jej czytanie będzie udręką. Nic z tych rzeczy. Owszem, pojawia się sporo nazw z dziedziny psychologii czy kognitywistyki, ale każda z nich jest dobrze wytłumaczona i sprawnie "wpleciona" w pozostałą część tekstu. Język, którym pisze pani Hammond jest przystępny, a bardziej skomplikowane eksperymenty wyjaśnione. Gdzieniegdzie zamieszczone są nawet schematyczne rysunki, które pomagają wyobrazić sobie czytelnikowi, o co dokładnie chodzi. Autorka płynnie przechodzi od tematu do tematu, czasami wplata też osobiste wątki, przez, co książka naprawdę wciąga ^^

wtorek, 7 kwietnia 2015

5 piosenkarek, które warto znać

Po Świętach wracam do Was wypoczęta, najedzona i z nowymi pokładami energii do pisania ^^ Była już lista 5 piosenkarzy, których warto znać, czas, więc na wersję damską. Przyznaję, że tym razem wybór miałam ograniczony, bo zdecydowanie częściej słucham męskich głosów. Ale i wśród pań jest kilka, których twórczość zawładnęła moim sercem ;)



1. Paloma Faith - możecie ją kojarzyć ze wspólnego utworu z Sigmą pt. "Changing", który często leciał ostatnio w radio. Ta 33-letnia wokalistka ma tak specyficzny głos, że albo można go kochać albo nienawidzić. W swoich piosenkach łączy soul, pop i jazz, a wizerunkiem nawiązuje do stylu retro. Zdecydowanie jedna z najbardziej wyrazistych postaci brytyjskiej sceny muzycznej. I za to ją ubóstwiam :)
Moje ulubione utwory: "Only Love Can Hurt Like This", "New York", "Can't Rely On You"


2. Birdy - myśląc o tej piosenkarce od razu nasuwają się 3 skojarzenia: wrażliwość, łagodność, piękno. Nie tylko świetnie śpiewa i pisze poruszające teksty, ale także gra na pianinie oraz gitarze. Na swoich 2 albumach udowadnia, że wcale nie trzeba krzyczeć, żeby być słyszanym.
Moje ulubione utwory: "People Help The People", "Light Me Up", "Skinny Love"


3. Imany - była francuska modelka, o niesamowicie zachwycającym, głębokim głosie. Porzuciła świat mody dla muzyki i wydała płytę "The Shape of A Borken Heart" pełną soulowo - folkowych utworów. Tylko się cieszyć, że podjęła taką decyzję :)
Moje ulubione utwory: "You Will Never Know", "Take Care", "Grey Monday"