W niedzielę pojechałam w końcu do kina na ostatnią część "Hobbita". Wybrałam opcję "na bogato", czyli IMAX 3D, co było bardzo dobrym pomysłem :)
Krasnoludy z Ereboru odzyskują swoje dawne królestwo, ale ich radość trwa krótko. Pod Samotną Górę ściągają armie ludzi, elfów i krasnoludów, których przywódcy muszą zadecydować: czy walczyć o własne interesy czy zjednoczyć się przeciw siłom zła. Thorin Dębowa Tarcza może łatwo stracić to, czego tak bardzo pragnął - albo o wiele więcej...
Doskonała grafika to największy atut filmu "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" (zresztą, tak jak dwóch poprzednich części). Dlatego też nie żałuję pieniędzy wydanych na IMAX 3D, bo wrażenie, że jest się "w środku" tego niesamowitego świata, pełnego zapierających dech w piersiach krajobrazów i fantastycznych istot, jest bezcenne. Zresztą od strony technicznej "Hobbit" to mistrzostwo - nie tylko, jeśli chodzi o efekty specjalne, ale też o muzykę czy kostiumy. Kluczowa scena, czyli tytułowa bitwa robi wrażenie, aczkolwiek według mnie nie przebija tej z "Władcy Pierścieni: Powrót Króla". Największe emocje dostarczają pojedynki "jeden na jednego", których w tej części nie brakuje. Niestety ten film posiada też ogromny mankament - "wzruszające" sceny. To, co z założenia miało wyciskać mi łzy z oczu, wręcz mnie śmieszyło swoją banalnością. Niektóre dialogi były tak okropne, że aż zdziwiło mnie, iż aktorzy nie protestowali, kiedy przeczytali je w scenariuszu.