poniedziałek, 23 lutego 2015

3 dni, 4 miasta: Kazimierz Dolny

Początek historii tutaj...Kazimierza Dolnego. 30 minut jazdy i byłyśmy na miejscu. Zanim jednak na dobre zaczęłyśmy zwiedzanie, zrobiłyśmy sobie niezbędną przerwę na kawę w jednym z lokali przy Rynku.


Kazimierz Dolny ma przydomek "perły renesansu". Nic dziwnego, gdyż miasteczko choć małe, jest naprawdę piękne i ma swój niepowtarzalny klimat. Dlatego też upodobali go sobie artyści, a w sierpniu ściągają do niego tabuny turystów, by uczestniczyć w Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi. W tym roku odbędzie się 8 edycja tej kulturalnej imprezy.

Jeden z symboli Kazimierza - studnia wybudowana w 1915 r. W tle: kościół farny pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja

Innym symbolem miasta jest Kamienica Przybyłów z niezwykle ozdobna fasadą.

niedziela, 22 lutego 2015

3 dni, 4 miasta: Puławy

W kończącym się tygodniu wreszcie, po zmaganiach z prawem jazdy i sesją, mogłam gdzieś wyjechać. Wraz z koleżanką udałyśmy się w poniedziałek do naszej znajomej ze studiów, by w trójkę pozwiedzać województwo lubelskie ;)


Naszym pierwszym celem były Puławy. Jest to niewielkie nadwiślańskie miasto, w którym, na pierwszy rzut oka, nie ma nic ciekawego do zobaczenia. Mało kot wie, że na początku XIX wieku za sprawą Czartoryskich kwitło tu życie kulturalne, polityczne i towarzyskie kraju. Pamiątką po arystokratycznej rodzinie jest przepiękny park z porozrzucanymi tu i ówdzie budowlami, w których księżna Izabela przechowywała cenne pamiątki (po upadku powstania listopadowego przeniesione do Paryża, a następnie do Krakowa).

 Domek Gotycki

Świątynia Sybilli

piątek, 20 lutego 2015

Wernisaż "W przestrzeni Smoka"

Tak jak wspominałam w poprzednim poście, wczoraj wzięłam udział w wernisażu wystawy "W przestrzeni Smoka" w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie. Po ponad 80 lat krakowska placówka udostępniła część ze swoich licznych zbiorów chińskiej sztuki i rzemiosła artystycznego obejmujących eksponaty od dynastii Han (206 r. p.n.e. - 220 r. n.e.) do końca panowania dynastii Qing (1644 - 1911).


Impreza rozpoczęła się, z kilkunastominutowym opóźnieniem, od tańca lwów chińskich w wykonaniu Centrum Chińskich Sztuk Walki Choy Lee Fut.


Potem przyszedł czas na standardową część każdego wernisażu: przemówienia. Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Pani Zofia Gołubiew, dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie podziękowała wszystkim zaangażowanym w tworzenie wystawy, zapraszając ich na środek. Do zwiedzania zachęcała dr Joanna Wardęga, dyrektorka Instytutu Konfucjusza oraz kuratorki, Beata Pacana i Beata Romanowicz, które opowiedziały także kilka słów o prezentowanych eksponatach.

Od prawej: dr Joanna Wardęga, dyrektorka MN Zofia Gołubiew, kuratorki wystawy i inne osoby zaangażowane w jej tworzenie

niedziela, 15 lutego 2015

Obchody Chińskiego Roku Owcy

Tak jak w poprzednim roku i tym razem wzięłam udział w obchodach chińskiego Święta Wiosny, organizowanym przez Instytut Konfucjusza i UJ w dniu 11 lutego. Miejsce to samo, co wcześniej, czyli Auditorium Maximum :)


Od godziny 16 można było uczestniczyć w różnych wykładach i tematycznych lekcjach z języka chińskiego. Ja byłam tylko na wykładzie o zakazach, wierzeniach i tabu w Chinach. Okazało się, że Chińczycy to bardzo przesądny naród. Wiedzieliście np. że uważają czwórkę za nieszczęśliwa liczbę, gdyż brzmi podobnie, jak słowo "śmierć" i z tego powodu w wielu budynkach nie ma czwartego piętra?

Było też kilka interesujących zajęć dla dzieci: wyklejanki, robinie lampionów, jedzenie pałeczkami, chińska "zośka", malowanie twarzy oraz nauka chińskich znaków.


W tym roku co kilkadziesiąt minut obywała się ceremonia herbaciana. Ja trafiłam akurat na parzenie herbaty Pu-erh, bardzo cenionej w Chinach. Można było spróbować czystego naparu albo z dodatkiem kwiatu chryzantemy. Mi zdecydowanie bardziej smakowała ta pierwsza, chociaż nie każdemu odpowiada jej specyficzny smak :)


poniedziałek, 19 stycznia 2015

"Gra Tajemnic"

Korzystając z faktu, że to ostatnie wolne chwile przed sesją, znów wybrałam się do kina. Tym razem jednak do studyjnego i na zupełnie odmienny gatunkowo film od "Hobbita" - "Grę Tajemnic".

Młody brytyjski matematyk, Alan Turing, zostaje zwerbowany do zespołu, którego tajną misją jest złamanie niemieckiego kodu Enigmy podczas II wojny światowej. Postanawia zbudować uniwersalną maszynę, która poradziłaby sobie z każdym szyfrem - pierwszy na świecie komputer. Ekscentrycznemu geniuszowi trudno jednak dogadać się z pozostałymi osobami z grupy, przez co naraża się na kłopoty. Sytuacja odmienia się, gdy dołącza do nich niezwykle inteligentna Joan Clarke.



Film "Gra Tajemnic" zaskoczył mnie swoją wielowymiarowością. Wydawałoby się, że to łamanie kodu Enigmy jest głównym wątkiem w całej tej historii, a to tylko tło dla jeszcze bardziej interesującego życiorysu genialnego matematyka. Reżyser nie wybrał najbardziej oczywistego sposobu, czyli chronologicznego ukazania wydarzeń, ale w odpowiednich momentach zastosował retrospekcje. Przez to film wciąga widza niczym dobre kino akcji, tylko bez brawurowych wyścigów i strzelanin. Już od pierwszej sceny postać Turing'a zaczyna intrygować, a z rozwojem fabuły, co raz więcej odkrywamy jego sekretów. Jednak "Gra Tajemnic" nie kończy się na ukazaniu biografii głównego bohatera (a już z pewnością nie szczegółowej), ale na poruszaniu tak ważnych problemów jak: nietolerancja, niesprawiedliwość, osamotnienie. Choć zakończanie jest przejmująco smutne, to w całości można znaleźć o wiele więcej momentów do śmiechu, niż do płaczu.



poniedziałek, 12 stycznia 2015

"Hobbit: Bitwa Pięciu Armii"

W niedzielę pojechałam w końcu do kina na ostatnią część "Hobbita". Wybrałam opcję "na bogato", czyli IMAX 3D, co było bardzo dobrym pomysłem :)


Krasnoludy z Ereboru odzyskują swoje dawne królestwo, ale ich radość trwa krótko. Pod Samotną Górę ściągają armie ludzi, elfów i krasnoludów, których przywódcy muszą zadecydować: czy walczyć o własne interesy czy zjednoczyć się przeciw siłom zła. Thorin Dębowa Tarcza może łatwo stracić to, czego tak bardzo pragnął - albo o wiele więcej...

Doskonała grafika to największy atut filmu "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" (zresztą, tak jak dwóch poprzednich części). Dlatego też nie żałuję pieniędzy wydanych na IMAX 3D, bo wrażenie, że jest się "w środku" tego niesamowitego świata, pełnego zapierających dech w piersiach krajobrazów i fantastycznych istot, jest bezcenne. Zresztą od strony technicznej "Hobbit" to mistrzostwo - nie tylko, jeśli chodzi o efekty specjalne, ale też o muzykę czy kostiumy. Kluczowa scena, czyli tytułowa bitwa robi wrażenie, aczkolwiek według mnie nie przebija tej z "Władcy Pierścieni: Powrót Króla". Największe emocje dostarczają pojedynki "jeden na jednego", których w tej części nie brakuje. Niestety ten film posiada też ogromny mankament - "wzruszające" sceny. To, co z założenia miało wyciskać mi łzy z oczu, wręcz mnie śmieszyło swoją banalnością. Niektóre dialogi były tak okropne, że aż zdziwiło mnie, iż aktorzy nie protestowali, kiedy przeczytali je w scenariuszu.

wtorek, 30 grudnia 2014

Wystawy czasowe w MOCAK-u

Grudzień nie był zbyt kreatywnym miesiącem, jeśli chodzi o pisanie na blogu, ale póki mamy jeszcze 2014 rok jest szansa, żeby się poprawić, prawda? ;) Dziś drugi raz w swoim życiu odwiedziłam krakowskie Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK i muszę przyznać, że prezentowane tam wystawy czasowe pozytywnie mnie zaskoczyły...


Ta, która najbardziej mi się spodobała to "Rzeźby, obrazy, filmy" Juliana Opie. Ten brytyjski artysta stosuje techniki komputerowe i animację ukazując człowieka i przyrodę w prosty, ale przez to przyciągający wzrok sposób. Mi, ze wszystkich jego dzieł, szczególnie przypadły do gustu ekrany ze "spacerującymi ludźmi".